czwartek, 24 marca 2016

Pokój dla matki z dzieckiem

Jestem świeżynką jeśli chodzi o zasady panujące wśród matek. Czy ktoś mi zdradzi tajemnicę o dzieci w jakim wieku chodzi w idei pokoju dla matki z dzieckiem? Bo przyznam, że wydawało mi się, że to dla dzieci-dzieci, czyli słodkich bobasów i dzieciaczków powiedzmy do 3 roku życia a nie dla gigoli w wieku lat 10?!
Bo dlaczego tak jest, że czekam 15 minut w kolejce ze swoim półrocznym Stworem, bo w pieluszce niespodzianka, a nie jestem typem osoby, który wychodzi z założenia, że Jestem matką i mi wolno wachlować kupskiem mojego dziecka kiedy chcę i gdzie chcę a tu z pokoju dla matki z dzieckiem wychodzi, owszem, matka, ale z trójką dzieciaków 8+?!
Pomijam fakt, że jak w tej kolejce czekałam to usiadłam na takiej tam sofie (co ważne materiałowej) i czekam na swoją kolej. Przychodzi MATKA. Pyta, czy zajęte, odpowiadam, że tak. Pyta, czy też czekam, odpowiadam, że tak. Na co MATKA rzecze: ja czekać nie mogę, przebiorę go tutaj, na tej kanapie. Popatrzałam się na MATKĘ krzywo, żeby zrozumiała, że to lekko chujowy pomysł. Ale MATKA powiedziała tylko zaraz sobie Pani znowu usiądzie.
Nie, dzięki, nie chcę siadać na gównie Twojego dzieciaka. Ja pierdolę ludzie, uruchomcie wyobraźnię! A jeśli już jest mus-mus i po prostu TRZEBA dzieciaka przebrać już, teraz, tutaj to miejcie przy sobie podkłady jednorazowe lub wielokrotnego użytku. Bo na meblu, na którym przebierasz swojego gołego dzidzię siedziało wcześniej milion dup, jest tam w ciul zarazków a i dzieciak swoje na tym pozostawi.

Więc ponawiam apel- MYŚLCIE!

piątek, 18 marca 2016

Zdjęcie do albumu

Mam milion zdjęć na telefonie. Drugi milion ma mój mąż. Wszystkie naszego Stworka. Uwiecznione momenty, które i tak pozostaną w mej pamięci, ale do których lubię wrócić patrząc na obraz. Zdjęcia dla mnie bardzo ważne, intymne i niektóre tylko dla mnie zrozumiałe.
Mojego dziecka nie znajdziesz w sieci. Niektórzy być może nie wiedzą nawet, że jestem mamą. Nie zamieszczam wizerunku mojego dziecka w sieci.
Dlaczego?
Uznam to pytanie za retoryczne. Przecież nie jestem właścicielem dziecka, nie mogę decydować o tym za dziecko, czy wrzucać jego zdjęcie do sieci albo (o zgrozo!) zakładać mu profil na facebooku.
Naprawdę rozumiem radość z pojawienia się dziecka na świecie, rozumiem ekscytację każdą „duperelą“, które dziecko zrobi, ale czy nie lepiej, by zachować wyjątkowość tych chwil i zdjęcia zachować w rodzinnym albumie?
Ponadto zdjęcia, które są wrzucane przez niektórych rodziców... Obawiam się, że są wrzucane bezmyślnie. Nagie zdjęcia, zdjęcia we wstydliwych sytuacjach, które rodzicom wydają się wielce zabawne. Czy naprawdę tak ciężko pomyśleć o tym, że jak wrzucę do sieci nagie zdjęcie swojego dziecka to jakiś zbokol może je po pierwsze znaleźć i robić sobie przy nim dobrze, po drugie wrzucić na stronę z pornografią dziecięcą? Dziecko się przed tym syfem nie ochroni, to rodzice powinni mieć mózgi i z nich korzystać dla dobra swojego dziecka.
W większości przypadków pod zdjęciem maleństwa raczej pojawią się komentarze „ale słodki“, „śliczny“ i inne ciulstwa, które wypada napisać pod zdjęciem każdego bobasa. A co jeśli ze zdjęcia Twojego dziecka powstanie mem obrażający dziecko/ Ciebie?
Warto również zaznaczyć, że raczej będziemy społeczeństwem coraz bardziej internetowym i zdjęcie, które wrzucisz dziś do sieci , bo „jest słodkie“, za lat 16 może być wykorzystane przez złośliwych rówieśników, którzy znajdą je na Twoim profilu.
Nie twierdzę, że nigdy nie wrzucę zdjęcia ze spaceru, wycieczki, uroczystości rodzinnej. Jestem dumna z bycia mamą i żoną. Ale za tą dumą kryje się również olbrzymia odpowiedzialność za los mojej rodziny. Dlatego uważam, że jeśli mam możliwość minimalizowania nieprzyjemności i niebezpieczeństw to po prostu to robię.

Dlatego apeluję do wszystkich rodziców – zanim wrzucisz zdjęcie dziecka, pomyśl! Zastanów się, czy nie skrzywdzisz tym swojego dziecka.

piątek, 11 marca 2016

NFZ, czyli Najmniej Fajne Zakątki, których nie unikniesz będąc mamą

Wizyta u lekarza. Jakakolwiek. Zderzam się najpierw z rejestracją i Władczyniami rejestrację obsługującymi. Rzadko kiedy napotykam się na Sympatyczne Panie Pracujące w Rejestracji. Władczynie warczą, irytują się na każde zadane pytanie, dziwią się, że nie znam odpowiedzi i że w ogóle z usług medycznych potrzebuję skorzystać. Niestety nie ma reguły – czy idę z NFZ, czy już czasem się szarpnę i pójdę prywatnie – Władczynie są wszędzie. I o ile jak rozchodzi się o mnie to mogę zwrócić uwagę, wdać się w bezsensowną dyskusję, o tyle jak idę z moim dzieckiem do lekarza to boję się wykonać jakikolwiek niewłaściwy ruch, gest czy też powiedzieć coś niewłaściwego. Boję się, bo przez moje zachowanie Władczyni po prostu złośliwie uniemożliwi lub utrudni wizytę u lekarza mojemu dziecku, a to boli bardziej niż cios wymierzony bezpośrednio we mnie.

Niedawno byłam świadkiem bardzo nieprzyjemnej sytuacji przy rejestracji. Władczynie naśmiewały się, wręcz otwarcie kpiły i pogardliwie prychały na panią, którą jedna z Władczyń obsługiwała. Miałam ochotę zareagować, ogarnęła mnie wściekłość i wręcz szał – jakim prawem w miejscu, w którym te cipy pracują dzięki naszym podatkom petenci traktowani są jak intruzi?! Ale nie powiedziałam nic. Stchórzyłam. Spojrzałam na moje dziecko i wiedziałam, że musimy się dostać tego dnia do specjalisty. Potem usłyszałam od osoby, która mi towarzyszyła tego dnia, że nie mogę się tak pogardliwie patrzeć na ludzi. Ale w moim spojrzeniu nie było pogardy. Była wściekłość, bezsilność i wszystkie słowa, których nie odważyłam się wypowiedzieć na głos.

sobota, 5 marca 2016

Vlogi parentingowe

Do niedawna ze względu na całkowite oddanie pracy i mojej rozrywce, czyli piciu alkoholu nie słyszałam o różnych rodzicielskich nowinkach. No bo skąd? Życie bezdzietnej pary (widzę to z perspektywy czasu) usłane jest różami. Praca, dom, zakupy, jeść, pić, spać, pobzykać się, wyjść na imprezę.
Dziecko wywraca ten „porządek“ do góry nogami. Po pierwsze dlatego, że po prostu w momencie, kiedy widzisz to małe stworzenie następuje jakiś mistyczny zwrot akcji w życiu i zmienia się wszystko (nie wierzyłam w to i myślałam, że to bujdy dopóki nie zobaczyłam mojego Stworzenia), a po drugie – jesteś za kogoś odpowiedzialna całkowicie. To znaczy, że niezależnie od Twojego humoru, samopoczucia, zdrowia i chcenia bądź niechcenia od teraz do końca życia będzie na świecie ktoś, kto polega na Tobie i liczy na Ciebie bezgranicznie. Pomyśl jak myślisz sobie o swojej mamie i wyobraź sobie, że teraz tak ktoś myśli o Tobie. Ta myśl wstrząsnęła mną najbardziej.
Jako świeżo upieczona mama w przypadku wątpliwości odnośnie drobnych kwestii odpowiedzi szukałam w różnych miejscach, niestety również w internecie. I o ile wdzięczna jestem mamom, które zdradziły sekret jak skutecznie odbić dziecko inaczej, niż poklepując plecy, o tyle twórczości niektórych nie jestem w stanie pojąć.
Jak już wspomniałam, niektóre rodzicielskie nowinki były mi zupełnie obce i nie sądziłam, że rodzicielstwo uległo takiej... globalnej cyfryzacji? W zasadzie o co nie zapytasz odnośnie dzieci Wujka Google wyskoczy Ci mnóstwo odpowiedzi – czy słusznych to już inna kwestia. Rodzice piszą blogi, zrzeszają fanów na Facebooku, zakładają vlogi parentingowe (dla niewtajemniczonych: wideo blog rodzicielski), lub po prostu zasypują swoje prywatne ściany na Facebooku informacjami na temat swojego dziecka.
Generalnie jestem przeciwniczką zamieszczania wizerunku dziecka w sieci, o czym napiszę osobny post. Tym samym natykając się na filmiki matek, które (wydaje mi się) bez zastanowienia upubliczniają wizerunek swojego dziecka budzi się we mnie gniew. Mama radośnie trzymając dziecko na rękach opowiada jakieś totalne bzdury i pierdoły powiedzmy o tym, na który krem dziecko dostało uczulenia, a na który nie. Dziecko zaczyna marudzić, wiercić się, no ewidentnie jest źle. Matka, zamiast wstrzymać nagrywanie, zająć się dzieckiem, żeby się uspokoiło radośnie stwierdza, że „Jasiu troszkę marudzi“. Co Ty kurwa nie powiesz?! Mały stęka i kwili, ale moi internetowi fani czekają, więc chuj z dzieciakiem, przecież wytrzyma (nie ma wyjścia). A w kolejnym filmiku mama zdradzi nam tajemnicę, jak sprawić żeby dziecko było zawsze uśmiechnięte. (Może po prostu nie sadzaj dzieciaka przed kamerą...?)
Kolejna głupota – opowiadanie o tym, jak to przy dziecku nie ma się czasu na nic, nawet na ugotowanie obiadu. Mam pomysł – może w takim razie zamiast kręcić chujowe filmiki zajmij się domem?
Haul zakupowy – pojęcie, które poznałam dzięki jakiejś tam vlogującej mamie. Naprawdę kurwa nudzi się mamom w domach do tego stopnia, że kręcą filmik o tym, co kupiły swojemu dziecku?! Dlaczego ja się pytam? Czy kolejnym krokiem w tym szale będzie nakręcenie unboxingu paczki pieluch?
A najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że ludzie chyba biorą takie vlogi całkiem na poważnie – wnoszę tak po przeczytanych komentarzach. Pragnę zaznaczyć, że nie wrzucam wszystkich vlogujących, blogujących mam do jednego worka. Są też kanały i strony naprawdę wartościowe, które cokolwiek wnoszą do życia innych. Wzruszają, bawią, uczą. Jednak z przykrością stwierdzam, że jest to zdecydowana nisza.
Żeby było jasne – nie wywyższam się. Ktoś, kto czyta moje wypociny może stwierdzić, że chuja się tam znam, że niepotrzebnie zajmuję miejsce w cyberprzestrzeni i ścieram klawiaturę. Bardzo możliwe, że w tej kwestii punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Mam nadzieję, że siedzimy na tej samej wysokości i wiesz, o co w tym poście chodziło.


P.S. Podczas pisania tego tekstu Stworzonko już spało, mieszkanie było posprzątane, a mój chop miał co jeść, więc nikt nie ucierpiał. Poza ewentualnymi Czytelnikami.