Wizyta u lekarza. Jakakolwiek. Zderzam się najpierw
z rejestracją i Władczyniami rejestrację obsługującymi. Rzadko kiedy
napotykam się na Sympatyczne Panie Pracujące w Rejestracji. Władczynie warczą,
irytują się na każde zadane pytanie, dziwią się, że nie znam odpowiedzi i że w
ogóle z usług medycznych potrzebuję skorzystać. Niestety nie ma reguły –
czy idę z NFZ, czy już czasem się szarpnę i pójdę prywatnie – Władczynie
są wszędzie. I o ile jak rozchodzi się o mnie to mogę zwrócić uwagę, wdać się w
bezsensowną dyskusję, o tyle jak idę z moim dzieckiem do lekarza to boję
się wykonać jakikolwiek niewłaściwy ruch, gest czy też powiedzieć coś
niewłaściwego. Boję się, bo przez moje zachowanie Władczyni po prostu złośliwie
uniemożliwi lub utrudni wizytę u lekarza mojemu dziecku, a to boli bardziej niż
cios wymierzony bezpośrednio we mnie.
Niedawno byłam świadkiem bardzo nieprzyjemnej sytuacji przy
rejestracji. Władczynie naśmiewały się, wręcz otwarcie kpiły i pogardliwie
prychały na panią, którą jedna z Władczyń obsługiwała. Miałam ochotę
zareagować, ogarnęła mnie wściekłość i wręcz szał – jakim prawem w miejscu, w
którym te cipy pracują dzięki naszym podatkom petenci traktowani są jak
intruzi?! Ale nie powiedziałam nic. Stchórzyłam. Spojrzałam na moje dziecko i
wiedziałam, że musimy się dostać tego dnia do specjalisty. Potem usłyszałam od
osoby, która mi towarzyszyła tego dnia, że nie mogę się tak pogardliwie patrzeć
na ludzi. Ale w moim spojrzeniu nie było pogardy. Była wściekłość, bezsilność i
wszystkie słowa, których nie odważyłam się wypowiedzieć na głos.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz